O autorze
Jestem iranistką, która choć niezmiennie zakochana w Iranie, patrzy nań z dystansu. Dystansu, który paradoksalnie jest możliwy tylko wtedy, gdy patrzymy od wewnątrz. Wierzę bowiem, że wnikliwa analiza wydarzeń, jakie mają miejsce w kraju słowików i róż, jest możliwa tylko wtedy, gdy uwzględnimy ich kontekst kulturowy. Od grudnia 2011 roku mieszkam w Teheranie. W samym centrum, gdzie co piątek budzą mnie gniewne nawoływania Śmierć Izraelowi, Śmierć Ameryce płynące z gardeł wiernych, którzy przybyli tłumnie na dziedziniec Uniwersytetu Teherańskiego, by wziąć udział w piątkowych modłach. Przysłuchuję się im pijąc poranną kawę i robiąc zakupy w pobliskich sklepikach, których właściciele, wbrew temu, co słyszę zza uniwersyteckiego muru, twierdzą, że Żydzi są w porządku i Amerykanie też.

Żeby Obama był syty i Rouhani cały

Podpisane 14 lipca 2015 r. w Wiedniu porozumienie pomiędzy grupą 5+1 a Iranem kończy trwający od 2003 r. impas w negocjacjach w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Oznacza to nadzieję na normalizację stosunków gospodarczych Teheranu z Zachodem. Dokument określany jako Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA) liczy 159 stron i szczegółowo określa warunki, które muszą zostać spełnione w zamian za zniesienie międzynarodowych sankcji nakładanych na Iran sukcesywnie w ciągu minionych dekad.

Wbrew powszechnej opinii mediów problem nie pojawił się w 2006 r., lecz trzy lata wcześniej, kiedy to Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej odkryła, że Iran już od kilku lat buduje dwa ośrodki nuklearne (w Araku - od 1998 r.; w Natanz - od 2000 r.). o których istnieniu wcześniej nie informował inspektorów MAEA. Sensacyjne odkrycie wywołało falę irańskich zapewnień, że program nuklearny ma służyć celom pokojowym. Zachód jednak nie dał temu wiary. Kryzys próbowały rozwiązać Wielka Brytania, Niemcy i Francja, wspólnie zasiadając do negocjacji z Iranem w październiku 2003 r. Po drugiej stronie stołu siedział ówczesny sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu, dzisiejszy prezydent, Hassan Rouhani. Rozmowy trwały niespełna dwa lata, do czasu, gdy w 2005 r. prezydentem Iranu został Mahmud Ahmadineżad, znany ze swojego nieprzejednanego stanowiska wobec państw zachodnich. Rouhani w swojej autobiografii podkreślił, że wraz z objęciem przez Ahmadineżada stanowiska prezydenta atmosfera wokół rozmów zmieniła się diametralnie na niekorzyść Iranu. Rouhani nie mogąc porozumieć się z Ahmadineżadem odszedł ze stanowiska i zajął się karierą naukową.



Jeśli chodzi o atmosferę wokół programu nuklearnego Iranu, czasy prezydenta Ahmadineżada były swoistą czarną dziurą. Niekończące się rozmowy negocjatora Saida Dżalilego i ówczesnej szefowej dyplomacji UE Catherine Ashton, nie tylko nie doprowadziły do żadnego porozumienia, ale nawet nie przybliżyły stanowisk stron. W kolejnych fazach zmieniał się tylko ubiór Ashton, który w końcu stał się przedmiotem żartów ze strony Irańczyków (por. artykuł z maja 2012 r.)


Dopiero w 2013 r., gdy Rouhani został prezydentem, pojawiła się nadzieja na osiągnięcie porozumienia w kwestii nuklearnej. Niegdysiejszy negocjator programu nuklearnego w swoim programie wyborczym za punkt honoru przyjął doprowadzenie rozmów z grupą 5+1 do szczęśliwego końca.

Nie znaczy to, że od tego czasu rozmowy przebiegały bez przeszkód. Począwszy od 24 listopada 2013 r. ustalano kolejne deadline’y. Na dobry początek przystępując do nowej fazy rozmów zawieszono czasowo część sankcji. Kolejne terminy, przed upływem których świat, a zwłaszcza Iran, wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na osiągnięcie porozumienia wyznaczano najpierw na czerwiec 2014 r., następnie listopad 2014 r. i marzec 2015 r., by w końcu przesunąć zamknięcie rozmów na czerwiec 2015 r.
Wszystkie rozmowy prowadzone były za zamkniętymi drzwiami, a z przecieków docierających do dziennikarzy w ciągu ostatnich 18 dni wyłaniał się obraz burzliwych dyskusji. Jednego dnia sekretarz stanu USA John Kerry ponoć omal nie zerwał negocjacji, innym razem podobno prawie osiągnięto porozumienie, po czym znowu negocjacje utknęły w martwym punkcie. Wszyscy jednak zgodnie podkreślali, że tym razem rozmowy nie zostaną przedłużone, a jeden z zachodnich negocjatorów zaznaczył nawet, że przerwanie negocjacji na tym etapie podważyłoby wzajemne zaufanie stron i wszystko trzeba by było zaczynać od nowa.

Kto wygrał?

Porozumienie to sytuacja, w której nie ma przegranych - klasyczna win-win situation, zgodnie stwierdzili w swoich przemówieniach wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini i minister spraw zagranicznych Iranu, Mohammad Dżawad Zarif.


Iran zachował prawo do prowadzenia realizacji pokojowego programu nuklearnego i zyskał obietnicę zniesienia sankcji gospodarczych, a w dłuższej perspektywie także wojskowych. W zamian zgodził się na podjęcie szeregu kroków, które uniemożliwią mu produkcję broni nuklearnej. Jeśli jednak uwierzymy w zapewnienia władz irańskich, że kraj ten nigdy nie aspirował do posiadania broni nuklearnej, to wynegocjowany w Wiedniu układ wydaje się być korzystniejszy dla Teheranu. Oznaczałoby to wszak, że Irańczycy odstąpili od dążenia do czegoś, czego i tak nigdy nie planowali.

Nie ulega wątpliwości, że władzom Iranu bardzo zależało na osiągnięciu porozumienia. Po blisko 10 latach populistycznych rządów prezydenta Mahmuda Ahmadineżada (2005-2013), irańska gospodarka znalazła się bowiem w fazie głębokiego kryzysu. Uwolnienie kraju spod ciężaru sankcji jawiło się więc jako szansa na ożywienie ekonomiki Iranu i odmrożenie handlu zagranicznego, który w ostatnich latach zamarł niemal całkowicie. Porozumienie oznacza bowiem nie tylko możliwość handlu surowcami strategicznymi takimi jak gaz czy ropa naftowa, ale przede wszystkim inwestycje zagraniczne na rynku cierpiącym na deficyt nowych technologii.

Patrząc z naszej europocentrycznej perspektywy lubimy zapominać, że równie mocno jak Iranowi, na porozumieniu zależało państwom 5+1. O tym jak bardzo, świadczy chociażby fakt, że John Kerry, w końcowej fazie negocjacji trwającej nieprzerwanie od 28 czerwca 2015 r. nie opuszczał Wiednia ani na chwilę. Kerry i Zarif negocjowali cały czas, nie tylko w sali konferencyjnej, ale także podczas wspólnych spacerów, za które Zarif został mocno skrytykowany przez część twardogłowych polityków irańskich.

Co zniesienie sankcji oznacza dla Zachodu? Przede wszystkim otwarcie ogromnego, osiemdziesięciomilionowego rynku zbytu, głodnego zachodnich produktów przemysłowych i dóbr konsumpcyjnych. Najnowszy żart teherańskiej ulicy głosi, że to ostatnie dni rodzimego falafela, którego wkrótce zastąpi hamburger McDonalda.
W konsekwencji porozumienia, zostanie zniesiony szereg sankcji dotyczących m.in. zakupu przez Iran samolotów pasażerskich, co pozwoli zmodernizować flotę irańskich linii lotniczych. Dostawcami będą zapewne zachodnie koncerny. Motoryzacyjny gigant PSA Peugeot Citroen już planuje powrót na irańskie drogi, które do dziś pełne są kilkunastoletnich peugeotów 206 i samochodów rodzimej produkcji, wytwarzanych na starych francuskich licencjach. BBC Farsi podało właśnie, że Royal Dutch Shell już wysłał do Teheranu swoją delegację, której zadaniem jest pozyskanie nowych kontraktów. Kolejka przedsiębiorców jeszcze przed osiągnięciem porozumienia była długa, teraz zaś należy spodziewać się prawdziwego desantu przedstawicieli zachodnich firm.
Sektory gospodarki, które w tej chwili opanowane są przez chińskie koncerny, wkrótce mogą zostać “odbite” przez firmy zachodnie. Cieszą się one znacznie lepszą reputacją niż ich chińscy konkurenci.

Kiedy efekty porozumienia będą widoczne?

Powolutku.

Żeby mogło wejść w życie, porozumienie musi zostać najpierw ratyfikowane przez wszystkie strony. Kluczowe wydają się tu stanowiska Iranu i USA. Po ratyfikacji przez irański Madżles dokument będzie wymagał jeszcze podpisania przez najwyższego przywódcę ajatollaha Alego Chamenei. O jego parafkę można być raczej spokojnym, bo o ile bywało, że w swych ostrych wystąpieniach wzywał do nieuginania się przed zachodnimi mocarstwami, to faktem jest, że bez jego zgody Zarif nie posunąłby się w negocjacjach ani o krok.

Trudniejsza wydaje się ratyfikacja porozumienia przez amerykański Kongres. Zapewne wszyscy pamiętają płomienne wystąpienie premiera Izraela Beniamina Netanjahu, w którym ostrzegał kongresmenów przed “irańskim terroryzmem”. Jednak jak pisze Reuters dokument przywieziony przez Johna Kerry’ego z Wiednia najprawdopodobniej zostanie przyjęty. Prezydent USA, Barrack Obama w swoim przemówieniu, wygłoszonym tuż po podpisaniu porozumienia, podkreślił, że zawetuje próbę jego odrzucenia. Oczywiście nie można przewidzieć, jakie będą dalsze losy porozumienia, jeśli w 2016 r. w Białym Domu Obamę zastąpi kolejny z klanu Bushów, Jeb, który w swoim wczorajszym oświadczeniu określił osiągnięte porozumienie jako niebezpieczny, wadliwy i krótkowzroczny krok.

Kompromis wiedeński jest iście salomonowym rozwiązaniem. Iran domagał się zniesienia sankcji od razu, Zachód natomiast optował, żeby odbywało się ono etapami. Ostatecznie uzgodniono, że sankcje zostaną zniesione jeszcze w tym roku, jeśli Iran zastosuje się do warunków porozumienia związanego z kontrolą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA).
Odrębną kwestią pozostaje embargo na broń, którego początkowo porozumienie z Iranem miało w ogóle nie dotyczyć, jednak w wyniku interwencji Rosji, ostatecznie ustalono, że sankcje na broń defensywną będą obowiązywały jeszcze 5 lat, a w przypadku broni ofensywnej 8 lat.

Na uwagę zasługują też zapisy porozumienia dotyczące implementacji zniesienia sankcji w Stanach Zjednoczonych, gdzie - jak wiadomo - można spodziewać się największego oporu w tej kwestii. W dokumencie znalazł się bowiem punkt mówiący o tym, że w przypadku, jeśli prawo stanowe lub lokalne uniemożliwia zniesienie sankcji wobec Iranu, władze federalne podejmą stosowne kroki, aby umożliwić niezbędne zmiany prawne. Zatem, o ile Obama w swoim wczorajszym przemówieniu podkreślił, że USA negocjowały z pozycji siły (naciskały m.in. na SWIFT, aby ten odciął Iran od międzynarodowych transakcji, co też nastąpiło w 2012 r.), to niewątpliwie poszły też na daleko idące ustępstwa.

Nie ma natomiast póki co widoków na zmianę polityki zagranicznej Iranu. Nadal, przy okazji co ważniejszych rocznic związanych z ustanowieniem Islamskiej Republiki Iranu, będą organizowane seanse nienawiści, podczas których masy karmione darmowymi lanczami skandować będą hasło “Śmierć Ameryce”. Nadal w oficjalnych publikacjach nikt nie będzie używał nazwy Izrael, ale Reżim Syjonistyczny. Nadal też pieniądze będą płynęły do Hezbollahu, a Baszar al-Asad pozostanie sprzymierzeńcem.

Istnieje jednak nadzieja. Porozumienie wypracowane przez rząd reformistycznego prezydenta Hassana Rouhaniego daje duże szanse, że w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych w Iranie zwyciężą właśnie reformatorzy. A to może być pierwszy krok do tego, aby Iran zaczął podążać zupełnie nową ścieżką.


Trwa ładowanie komentarzy...