O autorze
Jestem iranistką, która choć niezmiennie zakochana w Iranie, patrzy nań z dystansu. Dystansu, który paradoksalnie jest możliwy tylko wtedy, gdy patrzymy od wewnątrz. Wierzę bowiem, że wnikliwa analiza wydarzeń, jakie mają miejsce w kraju słowików i róż, jest możliwa tylko wtedy, gdy uwzględnimy ich kontekst kulturowy. Od grudnia 2011 roku mieszkam w Teheranie. W samym centrum, gdzie co piątek budzą mnie gniewne nawoływania Śmierć Izraelowi, Śmierć Ameryce płynące z gardeł wiernych, którzy przybyli tłumnie na dziedziniec Uniwersytetu Teherańskiego, by wziąć udział w piątkowych modłach. Przysłuchuję się im pijąc poranną kawę i robiąc zakupy w pobliskich sklepikach, których właściciele, wbrew temu, co słyszę zza uniwersyteckiego muru, twierdzą, że Żydzi są w porządku i Amerykanie też.

Coś o wszystkim

Wiele słów na temat stosunków Iranu z Izraelem zostało już powiedzianych. Może nawet już wszystko. Jednak nie można pozostać obojętnym w sytuacji, gdy głos zabierają osoby, które powtarzają błędy za mainstreamowymi mediami. Tworzą się bowiem w ten sposób bezmyślne kalki, które wchodzą na trwałe do powszechnego obiegu. Rozpowszechnianie takich opinii jest szkodliwe nawet, jeśli są to jedynie komentarze ubarwiające tekst o innej tematyce. Taki komentarz uczynił przed dwoma dniami Tomasz Lis.

W swoim tekście Uznać Izrael tak na początek pisze: Błędem Izraela, więcej, grzechem Izraela, jest używanie wielokrotnie sił wojskowych w skali nieproporcjonalnie większej do zagrożenia. Z drugiej strony sformułowanie "nieproporcjonalnie większej do zagrożenia" też jest dyskusyjne. Bo przecież zagrożenie dla Izraela jest śmiertelne tak długo jak Hamas i wiele państw arabskich oraz Iran otwarcie przyznają, że ich celem jest wymazanie państwa Izrael z mapy świata.

Na wstępie zaznaczę, że w swoim wpisie chciałabym odnieść się jedynie do wyżej zacytowanego fragmentu. Moim celem nie jest polemika z całym tekstem Tomasza Lisa, ponieważ nie jestem ekspertem od konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ani tym bardziej od Bliskiego Wschodu. Jako, że w centrum moich zainteresowań leży Iran i kraje pozostające pod wpływem kultury perskiej, a zwłaszcza ich współczesne dzieje, ograniczę się jedynie do fragmentu, w którym Tomasz Lis twierdzi, jakoby Iran otwarcie przyznawał, iż jego celem jest wymazanie państwa Izrael z mapy świata. To zagrożenie dla państwa żydowskiego jest - według Lisa - jak najbardziej realne, wręcz śmiertelne.

Zacznijmy wobec tego od dyskutowanego szeroko w prasie (m.in. TU i TU
) problemu tłumaczenia słów Mahmuda Ahmadineżada, które wygłosił 26 października 2005 r., podczas teherańskiej konferencji „Świat bez Syjonizmu”. Tomasz Lis pisząc, że „(…) i Iran otwarcie przyznają, że ich celem jest wymazanie państwa Izrael z mapy świata” tego nie precyzuje, ograniczając się jedynie do nieuzasadnionego uogólnienia. Jest ono bezzasadne, ponieważ rola prezydenta Iranu jest mocno ograniczona nawet w sprawach krajowych, co dopiero w kwestii wypowiadania wojny komukolwiek. Zatem analizując już choćby tylko ten aspekt wypowiedzi dostrzeżemy, że mamy do czynienia jedynie z czystą retoryką.


Zauważmy, że słowa Ahmadineżada są wyjęte z kontekstu, znacznie szerszego, a mianowicie prezydent Iranu cytował wówczas słowa Ruhollaha Chomejniego, który mówił, że siły okupujące święte miasto Jerozolimę powinny zostać wymazane z kart historii, tak jak zniknął reżim szacha. A zatem nie chodzi tu o definitywne wymazanie kraju z mapy, ale o zmianę układu sił. Nie była to bezpośrednia groźba, a raczej wyrażenie nadziei, że kiedyś „reżim” okupujący Jerozolimę upadnie.

Ponadto sformułowania użytego przez Ahmadineżada: sahne-je roozegar (karty historii/czasu) nijak nie można przetłumaczyć używając słowa mapa. Wyraźny jest tu aspekt czasowości, a nie miejsca.

Po trzecie, czyż słowa "reżim musi zniknąć", nie są podobne do stwierdzenia, że wszystkie cywilizacje muszą upaść, tak często słyszanego w naszym kręgu kulturowym? Różnica polega jedynie na tym, jakie skojarzenia budzi osoba wypowiadająca te słowa. W przypadku Ahmadineżada jest to głowa państwa, który po 2001 roku został zaliczony przez ówczesnego prezydenta USA George’a W. Busha do krajów Osi Zła na podstawie wątpliwych przesłanek.

Odrębnym zagadnieniem jest śmiertelne zagrożenie, jakie ma stanowić Iran. Czy Tomasz Lis był kiedykolwiek w Iranie, aby przekonać się jaka jest odpowiedź na pytanie, czy Iran stanowi realne zagrożenie dla Izraela? Czy widział działa przeciwlotnicze rozmieszczone wzdłuż Zatoki Perskiej, które mogą zestrzelić co najwyżej zagubioną mewę, ale nie samoloty wyposażone w najnowocześniejszą technologię umożliwiającą prowadzenie wojny radioelektronicznej i „oślepienie” radarów? Iran nie ma wystarczającego arsenału, by w pełni odeprzeć atak Izraela, ani tym bardziej aby sam go zaatakować. I Iran o tym wie. Wbrew naszemu przekonaniu, działania irańskich polityków są racjonalne – racjonalne oczywiście z ich punktu widzenia. Oni wiedzą czym jest "Realpolitik" i jakie konsekwencje niósłby ze sobą ewentualny atak atomowy na Izrael. O ile w akcie obrony Irańczycy zdolni są do największych poświęceń, o tyle atak nie leży w ich interesie.

Tezę tę potwierdzają raporty m.in. DIA (Defence Intelligence Agency – amerykańska Agencja Wywiadu Wojskowego). Cytując depeszę PAP z 16 lutego 2012 r.
„Szefowie amerykańskiego wywiadu nie przewidują, by Iran, niesprowokowany, zaatakował w najbliższym czasie siły USA lub ich sprzymierzeńców w regionie, mimo swoich pogróżek o zablokowaniu cieśniny Ormuz i prac nad bronią nuklearną.
Koordynator służb specjalnych USA James Clapper powiedział Komisji Sił Zbrojnych Senatu, że "praktycznie nie jest możliwe", by Iran zbudował broń atomową w ciągu najbliższego roku-dwóch lat, chociaż przyznał, że jest to "technicznie wykonalne".
Iran zagroził wystrzeleniem rakiet przeciwko USA i naszym sojusznikom w regionie w odpowiedzi na atak. Iran może również użyć swoich sprzymierzeńców-terrorystów na świecie. Nie jest jednak prawdopodobne, by zainicjował lub rozmyślnie sprowokował konflikt, albo rozpoczął atak prewencyjny - powiedział generał Burgess (Ronald L. – przyp. wł.), dyrektor DIA”.


Podnosząc kwestię prac nad bronią atomową przez Iran, MAEA przyznaje, że nie znalazła żadnych dowodów na potwierdzenie tezy, że Iran prowadzi działania zmierzające ku budowie broni masowego rażenia. Jak jest naprawdę – nie będę wyrokować, bo z punktu widzenia Irańczyków – jak pisałam TU – podjęcie takich kroków jest jak najbardziej zasadne, chociażby dlatego, że w regionie broń jądrową ma nie tylko Izrael, który przez irańską propagandę określany jest niezmiennie reżimem syjonistycznym, ale także niektórzy sąsiedzi Iranu, jak Indie i Pakistan.

Moim zdaniem bardziej kontrowersyjne jest oddanie Rosjanom pełnej kontroli nad przemysłem jądrowym Iranu. W Buszechrze, mieście malowniczo położonym nad Zatoką Perską, gdzie w 2010 roku uruchomiono elektrownię atomową, o której pisał Jarosław Jakimczyk w tekście „Codzienność przed burzą” opublikowanym w magazynie Uważam Rze całkowicie powierzono jej obsługę.

Na koniec warto zauważyć, że Esfandiar Rahim Mashaei, jeden z najbliższych współpracowników Mahmuda Ahmadineżada, podczas teherańskiej Konferencji Turystycznej powiedział: „Żaden naród nie jest naszym wrogiem, a Iran jest przyjacielem zarówno Amerykanów jak i Izraelczyków, i to jest dla nas honor. Postrzegamy Stany Zjednoczone jako jeden z największych narodów na świecie”

Dlaczego takie słowa nie przedostają się do mediów? Podobnie jak Tomasz Lis studiowałam dziennikarstwo na UW i do dziś pamiętam hasło, które tam usłyszałam: „Dziennikarz to ktoś, kto wie coś o wszystkim”. Myślę, że właśnie takie podejście do zawodu jest przyczyną coraz słabszej kondycji polskiego dziennikarstwa. „Sławni” ludzie starają się zabierać głos w każdej sprawie i nie zadają sobie trudu, aby zbadać ją dogłębnie, bądź zwyczajnie nie mają do tego kompetencji. Osobiście wolę więc tezę, że aby się wypowiadać w roli eksperta należy wiedzieć wszystko o czymś.
Trwa ładowanie komentarzy...