O autorze
Jestem iranistką, która choć niezmiennie zakochana w Iranie, patrzy nań z dystansu. Dystansu, który paradoksalnie jest możliwy tylko wtedy, gdy patrzymy od wewnątrz. Wierzę bowiem, że wnikliwa analiza wydarzeń, jakie mają miejsce w kraju słowików i róż, jest możliwa tylko wtedy, gdy uwzględnimy ich kontekst kulturowy. Od grudnia 2011 roku mieszkam w Teheranie. W samym centrum, gdzie co piątek budzą mnie gniewne nawoływania Śmierć Izraelowi, Śmierć Ameryce płynące z gardeł wiernych, którzy przybyli tłumnie na dziedziniec Uniwersytetu Teherańskiego, by wziąć udział w piątkowych modłach. Przysłuchuję się im pijąc poranną kawę i robiąc zakupy w pobliskich sklepikach, których właściciele, wbrew temu, co słyszę zza uniwersyteckiego muru, twierdzą, że Żydzi są w porządku i Amerykanie też.

Koalicja made in Iran

W Iranie już od kilku miesięcy spekuluje się o potencjalnych koalicjach, jakie mogą zostać zawiązane aby zwiększyć szanse na zwycięstwo kandydata konserwatystów, czy reformatorów w nadchodzących wyborach prezydenckich. Co i rusz do prasy przedostają się informacje, nierzadko od samych zainteresowanych, kto z kim zawrze sojusz. Faktem pozostaje jednak, że dotychczas nic takiego nie doszło do skutku i nadal w wyścigu o prezydenturę rywalizuje ze sobą ośmiu kandydatów.

W środowisku związanym z najbliższym otoczeniem rahbara (najwyższego przywódcy duchowego Iranu) Alego Chamaneiego, już na cztery miesiące przed wyborami mówiono głośno o potencjalnej koalicji. Miała powstać tzw. grupa 2+1 w skład której weszliby Ali Akbar Welajati, Gholam Ali Hadad Adel + Mohammad Bagher Ghalibaf. Cała trójka zapewniała, że w przypadku, gdy wszyscy trzej zostaną zaakceptowani przez Radę Strażników Konstytucji i będą mogli ubiegać się o fotel prezydenta, wyłonią spośród swego grona jednego kandydata, którego poprze pozostała dwójka. Wszystko to miałoby na celu zwiększenie siły konserwatystów w wyścigu prezydenckim. Do takiego rozwiązania jednak nie doszło. Cała trójka startuje w wyborach samodzielnie.



Podobnie jest w obozie reformatorów. Jeszcze pod koniec ubiegłego tygodnia sympatyzujący z nimi irański dziennik Szargh spekulował, że być może Mohammad Aref oraz Hassan Rouhani połączą swoje siły. Według przygotowywanej umowy jeden z nich miałby wycofać się z wyścigu wyborczego przekazując swój elektorat drugiemu. W takim wypadku, gdyby pozostały w grze polityk został wybrany prezydentem – drugi automatycznie objąłby funkcję pierwszego wiceprezydenta. Jednak w poniedziałek 3 czerwca, Mohammad Aref kategorycznie uciął wszelkie spekulacje na ten temat mówiąc, że absolutnie nie ma zamiaru przystępować do żadnego sojuszu i do końca będzie samodzielnie walczył o urząd prezydenta.

Niezdolność do budowy jakichkolwiek koalicji nie jest właściwa jedynie dla tegorocznych wyborów. Dała o sobie znać również w 2005 r. Wówczas Mohsen Reza’i zdecydował się na wycofanie z walki o prezydenturę zaledwie na dwa dni przed głosowaniem. Powody jego rezygnacji do dziś pozostają niejasne. W jednym z wywiadów wspomniał jedynie, że zdecydował się na ten krok, aby uczynić wybory efektywniejszymi. Jednak faktem jest, że nie poparł wówczas żadnego ze swoich kontrkandydatów.

Na tym tle wyjątkiem pozostaje Mohammad Chatami, który w wyborach prezydenckich 2009 r. wycofał swoją kandydaturę, po tym jak chęć udziału w wyborach zgłosił Mir Hosejn Musawi. Chatami już w marcu otwarcie poparł kandydaturę ostatniego premiera Islamskiej Republiki Iranu i wspierał go aktywnie podczas całej kampanii wyborczej.
Dlaczego na irańskiej scenie politycznej koalicje są wyjątkami? Ahmad Naghibzade, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Teherańskim, przyczyn takiej sytuacji upatruje w braku trzech podstawowych warunków, niezbędnych dla powstania koalicji. W wywiadzie udzielonym gazecie Szargh określa je mianem: przejrzystości - brak jasnego programu wyborczego kandydatów, co uniemożliwia poznanie planów potencjalnego koalicjanta; racjonalności w ocenie korzyści jakie można osiągnąć w wyniku przystąpienia do koalicji oraz zgodności w zakresie przyszłego podziału władzy, który powinno być ustalone w drodze negocjacji.

Prof. Naghibzade podkreśla, że aby mogło dojść zawiązania do koalicji kandydaci powinni mieć sprecyzowane poglądy, być wierni określonym ideom i podążać jasno wytyczonymi ścieżkami. Tego zaś brakuje wszystkim ośmiu uczestnikom tegorocznych wyborów.
Naghibzade zwraca uwagę na jeszcze inny czynnik. Otóż przypomina, że w Iranie w dobrym tonie, ba nawet koniecznym dla zachowania dobrego imienia, jest wyrażanie głośno przekonania, że to nie korzyści są celem. Dobrze jest podkreślać, że wszelkie działania podejmowane są w imię Boga, a on jest celem samym w sobie. Doskonale wpisuje się to w głęboko zakorzenioną w kulturze Iranu filozofię suficką, która mówi, że najważniejsza jest droga dochodzenia do prawdy, którą jest Bóg. Mamy tu też do czynienia z innym zjawiskiem, niewątpliwie najbardziej rozpowszechnionym w perskiej kulturze, a mianowicie ta’arof. Jest to cała gama zachowań wyrażających grzeczność, a która w tym wypadku nie pozwala na publiczne motywowanie swoich działań chęcią osiągnięcia konkretnych korzyści. Zatem zwyczajnie nie wypada być interesownym. Wymowną ilustracją tej postawy jest zachowanie członków wspomnianej grupy 2+1, którzy marcu jednogłośnie twierdzili, że żaden z nich nie szuka w koalicji korzyści, a zależy im jedynie na dobru ogółu.

Ahmad Naghibzade sugeruje jeszcze inny powód chęci grania w pojedynkę. Samotny gracz w przypadku zwycięstwa zgarnia całą pulę dla siebie i tylko dla siebie. Politolog stawia tezę, że dla irańskich polityków najważniejszym celem jest zdobycie pełni władzy i osadzenie na stanowiskach grupy "swoich" - krewnych i przyjaciół. To, że członkowie grupy 2+1 tylko opowiadali o wyłonieniu wspólnego kandydata, czego wymaga kanon kulturowy, ale nie wcielili tych słów w życie, potwierdza tę hipotezę. W takim przypadku wchodzenie w koalicję może być nawet niebezpieczne. Wiadomo wszak, że deklarujący publicznie altruistyczny stosunek do sprawowania władzy kandydaci i tak zmuszeni są do prowadzenia zakulisowych negocjacji. Ich przebieg dodatkowo reguluje irańska grzeczność, która m.in. każe negocjatorom umniejszać swoją wartość. Kandydatom sklinczowanym przez ograniczenia kulturowe trudniej jest porozumieć się w kwestii podziału stanowisk po wyborach. Dlatego, jeśli nawet dojdzie do zakulisowych uzgodnień, to, po zwycięstwie kandydata bywa, że żadne ustalenia z uczestnikami wspomnianych negocjacji nie wchodzą w życie, z uwagi na przedwyborcze deklaracje o działaniu pro publico bono. I tak koło się zamyka. Naghibzade zauważa, że często dzieje się tak w przypadku nowych graczy na scenie politycznej Iranu, gdyż uprzywilejowaną pozycję zajmują wytrawni politycy, którzy zjedli zęby na manewrowaniu pomiędzy chęcią zysku, a koniecznością stosowania zasad ta’arof. Mniej zaprawieni w kuchni dyplomatycznej łatwo dają się ogrywać starym wygom, z którymi weszli w fasadową koalicję przedwyborczą.

Zdaniem Naghibzade, w polityce niezbędna jest otwartość i przejrzystość długofalowych planów. W tym wypadku charakterystyczne dla Iranu ograniczenia kulturowe, które zmuszają kandydatów do ukrywania ich prawdziwych motywacji, de facto wykluczają ideę współdziałania. Tymczasem jak zauważa przywołany politolog, istotą tworzenia koalicji jest właśnie dążenie do osiągnięcia określonych korzyści, do czego kandydaci powinni się otwarcie przyznawać.

W opinii Ahmada Naghibzade w Iranie możliwa jest też sytuacja odwrotna, a mianowicie zawiązanie fasadowej koalicji w celu wyniesienia do władzy słabszego kandydata, którym można rządzić z tylnego fotela. Te słowa irańskiego politologa nieodparcie przywodzą na myśl wydarzenia z 1989 r. gdy po śmierci Ruhollaha Chomejniego (nota bene dziś – 4 czerwca - obchodzimy jej 24. rocznicę) jego następcą został wybrany relatywnie słaby i zupełnie pozbawiony kompetencji na to stanowisko ajatollah Chamenei. Za tym wyborem stał, pociągający wówczas za wszystkie sznurki irańskiej sceny politycznej, Haszemi Rafsandżani. Wierzył on, że sam obejmując stanowisko prezydenta republiki islamskiej, jednocześnie z tylnego fotela będzie mógł sterować Chameneim, którego rola będzie nawet mniej reprezentacyjna niż królowej Elżbiety w Wielkiej Brytanii. Obserwując dzisiejszą scenę polityczną w Iranie widzimy, że te role zupełnie się odwróciły, a Rafsandżani, pomimo, że stale obecny w sferze publicznej, już dawno nie jest tym, który rozdaje karty.

Rafsandżani pozostaje jednak politykiem, z którym należy się liczyć. I być może to jednak głęboko zakorzeniony strach przed nim kazał członkom grupy 2+1 mówić głośno o koalicji. Jest prawdopodobne, że Welajati, Hadad Adel i Ghalibaf deklarowali sojusz, tylko po to, aby zażegnać widmo zwycięstwa Rafsandżaniego. Z chwilą jednak, gdy Rada Strażników Konstytucji zamknęła temu rywalowi drogę do wyborów, konserwatyści nie widzą już konieczności tworzenia koalicji.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Iran
Trwa ładowanie komentarzy...